|
Zaczęło się niewinnie. Dawno temu meksykańscy Indianie mieszkali sobie spokojnie na nie odkrytym jeszcze przez nikogo kontynencie. Budowali świątynie i piramidy, polowali na indyki, robili czekoladę i pili pulque, czyli sfermentowany miąższ z owoców agawy. I żyliby tak do dziś, gdyby nie Hiszpanie. Przypłynęli do Ameryki, ograbili biedaków z czego się dało i wprowadzili swoje porządki. Brakowało im alkoholu, bo pulque było o wiele za słabe. Znalazło się jednak rozwiązanie. Metodę destylacji opracowali przecież hiszpańscy Żydzi. Na galeonach ze Starego Świata przypłynęła więc potrzebna aparatura. Miąższ z owoców agawy okazał się idealnym surowcem.
Tak właśnie powstała tequila, a właściwie jej pradziadek - mezcal. Już ok. 1600 roku hrabia Altamiry don Pedro Sanches de Tagle założył wytwórnię mezcalu w okolicach miasteczka Tequila. Pędził alkohol z rosnącej tam błękitnej agawy. Półtora wieku później powstała pierwsza gorzelnia z licencją króla Hiszpanii. Należała do rodziny Cuervo i istnieje do dziś. Nadanie szlachectwa
Pod koniec XIX wieku uznano, że dobry jest tylko mezcal z miąższu owoców błękitnej agawy. Nazwano go tequilą (od nazwy miasta Tequila), podobnie jak koniakiem nazywa się brandy z okolic Cognac, a szampanem musujące wino z Szampanii. Nadając szlachectwo tequili, inne mezcale zepchnięto do bimbrowego podziemia. W Meksyku jest dziś pięć regionów, w których wytwarza się ten trunek. Większość spośród 85 destylarni znajduje się w okolicy Jalisco (tu leży także Tequila), pozostałe niedaleko Guanajuato, Michoacan, Nayarit i Tamaulipas.
Na podbój Świata
Prawdę mówiąc, tequila nie jest szczególnie szlachetnym trunkiem. Popularność zawdzięcza kilku szczęśliwym zbiegom okoliczności i czemuś, co dziś nazwalibyśmy dobrym PR-em. Podczas rewolucji meksykańskiej stała się symbolem narodowym. Nie stronili od niej sławni rewolucjoniści Emiliano Zapata i generał Pancho Villa. Ten ostatni podobno żłopał ją bez opamiętania.
Następnie tequila podbiła Stany Zjednoczone. W 1920 roku w USA ogłoszono prohibicję. Surowo zakazano picia i pędzenia alkoholu. Powstawały co prawda nielegalne gorzelnie, ale ich właściciele nie mieli lekkiego życia. Lepszym wyjściem okazał się przemyt. Amerykanie z północy szmuglowali whisky z Kanady, a na południu beczki z tequilą przepływały nocą przez Rio Grande. Potem prohibicję zniesiono, ale kilka lat później w Europie wybuchła wojna. Biedni Amerykanie znowu nie mogli dostać francuskiego koniaku i rosyjskiej wódki. Przeprosili się więc z tequilą.
Tequila w kinie
Nie wiem, kiedy John Huston przeczytał książkę Malcolma Lowryego. Nie wiem nawet, czy mu się podobała. Ważne, że w 1984 roku nakręcił film "Pod wulkanem". To opowieść o ostatnim dniu życia Geoffreya Firmina, brytyjskiego konsula, alkoholika w schyłkowym stadium. Rzecz dzieje się w meksykańskie Zaduszki 1938 roku. Atmosfera tak gęsta, że aż boli. Upał, śmieci na ulicach, brud i kurz. Fiesty, tańce i korowody na cześć zmarłych. Szaleńcy, biedni Indianie, bogaci Brytyjczycy i dziwki (w filmie grają autentyczne meksykańskie prostytutki). Wszystko zasnu-te oparami tequili. Świat obejrzał "Pod wulkanem" i oszalał, a tequila stała się modna. W kręgach intelektualistów, nieczytanych pisarzy, filozofów. Burżuje żłopali burbona, arystokraci sączyli koniak, a dla nich była tequila. Pokochali ją ci, których świat nie lubił i nie rozumiał. Także księgowi i menedżerowie, którzy po pracy chcieli uchodzić za buntowników. I znudzone grzeczne panienki.
Amerykańską kinematografię poparła europejska. Powstał film "Betty Blue" o młodym pisarzu Zorgu, ślicznej Betty, motocyklach, chili con carne i tequili. Film odniósł sukces, a meksykańska wódka podbiła Francję.
Tequila i czary mary
Każdy alkohol potrzebuje magii. Zanim wypijesz burgunda, oceniasz jego kolor i bukiet, kołyszesz kieliszkiem, smakujesz powolutku i z namysłem. A potem opowiadasz, że wyczułeś w smaku żywicę albo asfalt, im dziwniej, tym lepiej. Tak samo jest z tequilą. Najpierw w skupieniu oblizujesz posoloną dłoń (swoją lub jej), a po wypiciu przegryzasz cząstką imonki. Jest super!
Cały ten rytuał stworzyli Amerykanie. "Odwieczny meksykański" sposób picia tequili wymyślili w latach 20. playboye z Hollywood. A Meksykanie oczywiście nie protestują, bo dobra legenda nakręca interes. Spożywają tequilę z solą i limonką na oczach turystów, a w domu, po cichu, piją po swojemu. W temperaturze pokojowej, z prostych caballitos - "pięćdziesiątek" o dość grubym dnie (u nas można kupić takie do wódki). Młodsi piją tak zwaną tequilę rapido zwaną pieszczotliwie "bum-bum". To raczej zabawa niż picie, bo polega na tym, że do szklanki (takiej jak do piwa) wlewa się trochę tequili, na to tonik, potem zakrywa ręką i energicznie - "rapido" - uderza dnem szklanki o stół. Niby nic trudnego, ale spróbujcie to wypić, a nie oblać się od stóp do głów dziko wzburzonym tonikiem.
Kwestia robaka
Rozbawiła mnie relacja pewnej pani z wyprawy do Meksyku. "Piłam prawdziwą tequilę!" - opowiadała z wypiekami na twarzy. - "Takiej nie ma w sklepie. W środku pływa robaczek i to on oznacza, że tequila jest autentyczna". W dalszym ciągu opowieści usłyszałam, iż robaczka należy - koniecznie! - zjeść po wypiciu alkoholu. Pani w każdym razie to zrobiła, choć nie bez oporów. Gdy zapytałam, w jakim celu, spojrzała na mnie z góry zaskoczona taką ignorancją. Obraziła się i nie wyjaśniła.
Wszystko się biedaczce pokręciło. W żadnej butelkowanej w Meksyku tequili nie ma i nie było robaków! Żyjące w agawie maguey worms (gusano), wyglądają jak cienkie dżdżownice. Faktycznie, wkłada się je do niektórych butelek mezcalu. Cóż - mezcal z robakiem sprzedaje się lepiej niż bez. A jeśli ktoś widział tequilę z robakiem, może mieć pewność, że była rozlewana w USA. Amerykanie robią też butelki w kształcie robaka i tequilowe lizaki z robakiem w środku. Robal szczerzy się z T-shirtów i plakatów. Dla młodych tequilomaniaków są robaki-pluszaki.
Pozostaje kwestia zjadania. "Jak smakuje, można jeść" - orzekł znajomy Meksykanin. - "W końcu ludzie jedzą żaby, ślimaki, śmierdzące sery i stuletnie jajka. To i robaka z tequili zjedzą. Ważne, że im nie zaszkodzi."
Niebezpieczna moda
Tequila bywa groźna. Bożyszcze nastolatek Robbie Williams wyznał kiedyś, że ma tylko dwie słabości - dziewczynki lekkich obyczajów i tequilę. Najlepiej w komplecie. Pruderyjna Ameryka zawrzała, a sprzedaż płyt idola znacząco spadła. Ciekawe, co było bardziej oburzające: panienki czy meksykański alkohol?
Robbie stracił nieco popularności i trochę kasy, ale mogło być gorzej... Nie tak dawno, w listopadzie ubiegłego roku, europejskie agencje doniosły o tragicznym końcu pewnego obywatela Oslo. Młody Norweg założył się z barmanem, kto wypije więcej tequili. Po 19. szklaneczce klient stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Zmarł po trzech dniach w szpitalu. Barman - notabene trzeźwy jak norka, gdyż przez cały czas pił wyłącznie wodę - został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci. Bo tequila jest jak meksykański macho: mocna, solidna, podstępna i bez skrupułów. Uważajcie: z ostrym facetem trzeba ostrożnie.
Rodzaje tequili BLANCO lub PLATA (biała lub srebrna). Tequila butelkowana bezpośrednio po destylacji. Może też leżakować w stalowych beczkach, ale nie dłużej niż 60 dni. Całkiem niezła, o ile na butelce znajduje się napis "100 per cent agave". Niektórzy producenci "leżakują" tequilę blanco w dębowych beczkach, maksymalnie 30 dni, dla złagodzenia ostrego smaku.
JOVEN ABOCADO (często nazywana złotą). Wygląda jak stary i szlachetny koniak, ale nic bardziej mylnego. Złota tequila jest po prostu tequilą blanco lub plata, ale barwioną (karmelem) i aromatyzowaną (zapachem dębowej beczki). Znawcy określają ją jako mixto.
REPOSADO (dojrzewająca). Dojrzewa w dębowych beczkach od dwóch miesięcy do roku. Im dłużej dojrzewa, tym jest ciemniejsza i bardziej smakuje dębem. W jej zapachu można wyczuć szlachetniejszą nutę.
ANEJO (rocznikowa). Dojrzewa co najmniej rok w beczułkach o pojemności do 350 litrów. Można dostać anejo dziesięcioletnie, ale podobno najlepsze jest cztero- lub pięcioletnie. Tequilę starszą niż trzy lata nazywamy "muy ańejo" lub "tres ańejos".
Źródło: serwisy.gazeta.pl/logo
|